Mężczyzna 60+: Dlaczego Niektórzy Starzeją się z Klasą, a Inni z Desperacją?
- Eryk Brown
- 1 lut
- 4 minut(y) czytania
Po sześćdziesiątce w życiu mężczyzny dzieją się rzeczy, których nikt nie uczył ani w szkole, ani w wojsku, ani nawet w małżeństwie.
Z jednej strony - mądrość, spokój, doświadczenie.
Z drugiej - lekka panika pt. „Halo, gdzie zniknęła uwaga świata?!”
I wtedy zaczyna się spektakl. Widzimy to wszyscy. Mężczyzna 65+, wchodzący do restauracji z partnerką młodszą o trzy dekady, zachowujący się tak, jakby właśnie wygrał życie na loterii. On błyszczy, ona się nudzi, a kelner patrzy z politowaniem.
I niby to zabawne/żenujące… ale kryje się za tym dużo więcej.
Dlaczego niektórzy panowie po 60-tce nagle chcą udawać 40-latków?
Prosta sprawa: Przez całe życie mężczyzna dostawał punkty za:
status
siłę
zaradność
młody wygląd
partnerkę, która budzi „efekt wow”
A po sześćdziesiątce punkty te znikają. I wtedy niektórzy panowie stwierdzają: „Dobrze, skoro nie mam już 40 lat, to chociaż sobie taką 40/30-tkę wynajmę.”

Problem w tym, że im bliżej siedemdziesiątki, tym trudniej ukryć, że nie chodzi o miłość, tylko o… publiczny PR.
I tak oto powstaje zjawisko „Pan Trofeum”.
Pan Trofeum to ten, który:
kupuje sportowy samochód, choć go boli kręgosłup przy wsiadaniu
zakłada skórzaną kurtkę, chociaż woli sweter
farbuje włosy, choć wszyscy wiedzą, że nie miał czarnej czupryny od 1993
i oczywiście - pojawia się u boku młodej partnerki, bo przecież „świat musi wiedzieć, że ja wciąż mogę!”
Dlaczego tylko niektórzy mężczyźni zaczynają „udawać młodszych”?
Wiek nie tworzy nowych cech, wzmacnia te, które już były.
Kto był pewny siebie - robi się mądry i spokojny.
Kto był zakompleksiony - zaczyna desperacko pudrować emocjonalne rany.
Kto nie nauczył się rozmawiać o uczuciach - zaczyna je przykrywać drogim zegarkiem lub młodą partnerką.
Kto całe życie gonił za uznaniem - po 60-tce goni jeszcze szybciej, bo czasu mniej.
A potem mamy tę „galerię postaci”:
Pan Plastikowy Uśmiech, który udaje, że ma 40 lat i zero problemów.
Pan Trofeum, który traktuje partnerkę jak statuetkę zdobywcy życia.
Pan Wspomnienie, który żyje przeszłością, bo teraźniejszość go stresuje.
Pan „Jeszcze wam pokażę!”, który myśli, że wiek to przeciwnik, którego trzeba pokonać.
To mężczyźni, którzy całe życie byli uczeni funkcjonować z maską na twarzy.
Ale po 60-tce ta maska robi się ciężka. A po 70-tce - komiczna.

Panowie, uwaga: świat już Was nie ocenia. To dobra wiadomość (chyba jednak nie dla wszystkich)!
Największy paradoks starzenia jest taki: Im mniej świat zwraca na Ciebie uwagę, tym bardziej możesz być sobą.
Imponowanie, gra, udowadnianie. To musi być strasznie męczące… Może dlatego panowie żyją krócej - bo zamiast odpocząć, wciąż próbują robić z siebie superbohaterów, a potem wspierają się niebieską pigułką, jakby to był cudowny eliksir młodości. Szkoda tylko, że serduszko nie ma trybu turbo. (Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze, ale coraz więcej).

60+ to jest moment, w którym możesz:
wyrzucić garnitur oczekiwań
zdjąć zbroję ego
przestać udawać nieśmiertelnego kawalera
zacząć być… człowiekiem z krwi i kości, z dystansem i wdziękiem
I uwaga - takie podejście jest dla kobiet dużo bardziej atrakcyjne niż jakikolwiek młodzieńczy popis (do czego wiadomo trzeba mieć kasę)

Po 60-tce masz wybór
Możesz:
gonić za młodością (która i tak Ci ucieknie)
udawać, że czas się Ciebie nie tyczy (a tyczy się każdego)
grać w grę pod tytułem „patrzcie, ja jeszcze mogę!”
Albo…
Możesz zrobić coś, co naprawdę robi różnicę:
Być człowiekiem, którego inni chcą słuchać, z którym chcą przebywać i którego chcą podziwiać - nie za młodość, tylko za klasę.
Bo po sześćdziesiątce prawdziwa wartość nie polega na tym, że wyglądasz młodziej (raczej udajesz). Polega na tym, że wyglądasz jak ktoś, kto przeżył życie mądrze.
Na koniec, z odrobiną humoru:
Młodość jest przereklamowana.
Wolność po 60-tce - nie jest.
A atrakcyjność w tym wieku? To mieszanka dystansu, humoru, życzliwości i spokoju, której żaden 30-latek nie jest w stanie podrobić.
I to jest piękne.
PS. Jedną z najpiękniejszych zalet życia po sześćdziesiątce, a zwłaszcza po przejściu na emeryturę, jest ta cicha, lecz potężna wolność: wszystko mogę, nic nie muszę. To jak głęboki oddech po latach biegu. Jak zdjęcie niewidzialnego plecaka pełnego oczekiwań, presji, ocen. Znika pośpiech, znikają porównania - zostaje przestrzeń, by żyć po swojemu, bez masek, bez wyścigów.
Kiedy z boku patrzę na panów, którzy wciąż usiłują dogonić młodość - tę, która przecież odeszła bezpowrotnie - widzę ludzi uwięzionych w przymusie. Często wchodzą w związki z dużo młodszymi partnerkami, czasem zostają ojcami w wieku, w którym większość zaczyna zwalniać i smakować spokój.
Oni muszą: być silni, atrakcyjni, niezłomni, muszą udowodnić, że czas ich nie dotyczy, że wciąż są „tacy jak dawniej”, nie mówiąc o tym, że muszą utrzymać młodą rodzinę.
A jednocześnie z każdym rokiem mogą coraz mniej. Tam nie ma lekkości. Jest przymus. Jest strach. Jest desperacja, której sami nie chcą nazwać.
Jak bardzo muszą być zmęczeni tym ciągłym napięciem. Jak bardzo muszą być wyczerpani tą niekończącą się próbą oszukania życia. Jak bardzo muszą być zestresowani utrzymywaniem fasady, która pęka przy najmniejszym dotyku ciszy.
Zamiast wreszcie zatrzymać się bez lęku. Usiąść. Pooddychać. Być sobą - nie wersją, której świat wymagał od nich przez całe dekady.
Największą ulgą, największą nagrodą, największą prawdą tego etapu życia jest zrozumienie, że wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba udowadniania czegokolwiek komukolwiek (również sobie).
Eryk Brown Przejdź do strony głównej


